Ubity na śmierć

krótki URL: /deq

kategorie:Ogólne
tagi:None

Tematyka eschatologiczna jest na tym blogu widywana rzadziej, niż spory religijno-polityczne, które z kolei można policzyć na palcach lewego ucha.

Dlatego dziś nie będziemy mówić o śmierci organizmu żywego tylko urządzenia elektronicznego zwanego pod kwiecistą nazwą "Kindle Voyage".

Otóż w 2013 roku, w okolicach Świąt Bożego Narodzenia Święty Mikołaj przyniósł moje córce pod choinkę ww. kindelka. Kindelek sprawował się zacnie, acz przyznam, że więcej sam go używałem, niż córka. Ot, Mikołaj się był pomylił i trafił bardziej pod mój gust najwyraźniej. Durny dziadyga.

Tak czy siak, kindelek działał elegancko przez prawie trzy lata, po czym - ledwie kilka dni temu - wziął i padł.

A konkretnie to padł ekran.

Kindle się włącza, da się nim zdalnie zarządzać z poziomu konta Amazon, tylko na ekranie zamiast liter i cyfr (nawiasem mówiąc zawsze mnie męczyło dlaczego mówi się "liter i cyfr" a nie "cyfer i litr") pokazują się takie podłużne paski - i zipa dumna.

Gugiel mi mówi, że to dość powszechna przypadłość tego modelu i że jeżeli jest jeszcze w czasie okresu gwarancyjnego, Amazon wyśle mi nowego kindelka za friko.

Niestety, gwarancja była tylko na dwa lata.

Przeminęło z wiatrem, panie.

Póki co wróciłem więc do czytania na Patelni, której pięcioipółcalowy ekran niewiele ustępuje temu kindlowemu, tylko bateria zamiast miesiąca trzyma ledwie dzień. No ale coś za coś.

Jak to zwykle bywa, rok od tego Kindla starszy brat, czyli Kindle 5, działa elegancko i bez zarzutu. Tylko że zaopiekowała się nim ostatnio moja Żonka. Głównie do Mroza, ale nie tylko.

Pewnie sprawię sobie kiedyś kolejny e-czytnik, ale póki co zostaję przy Patelni.

O.

Komentarze