Opowieść szpitalna, sześciozgłoskowcem pisana

krótki URL: /Qgvso

kategorie:Samo życie
tagi:None

Z samego poranka

Gdy kur ranny zapiał

Dzwonimy do friendów

Nim przejdzie nam zapał

Na wypad na wioskę

Gdzie trawa zielona

Gazebo już czeka

I grill, niech ja skonam.

Przybywszy na miejsce,

Skąpani w lenistwie,

Czem prędzej na trawie

Zalegliśmy wszystkie

Więc: dziecko i żonka,

I autor tych bredni

Co rymy próbuje

W ten dzień niepowszedni

Poskładać do kupy

Aż wszyscy chcą płakać.

Zaś dziecko me drugie

Pobiegło poskakać

Na obok stojącej

Piekielnej machinie

Trampoliną zwanej

Zupełnie niewinnie.

Przeleciał nam dzionek

Jak z bicza, tak właśnie,

Bo szybko czas leci

Gdy jest tak słitaśnie.

Był grill, były gadki

Na cztery kopyta

I słońce, i drzemka,

Kto wie, niech nie pyta.

Na koniec sielanki,

Gdy już do karety

Poczęliśmy wsiadać

By wrócić, niestety

Na łono rodzinne,

Słyszymy wrzask wielki

I drugi, aż wszystkim

Odeszły figielki.

Ma córa, spryciara,

Wychodząc z trampoli

Swą nóżką rąbnęła

O kant. O, jak boli!

I paluch sinieje,

I ruszać nie może,

I płacz coraz większy,

Niech ktoś jej pomoże!

Wsiedliśmy w karocę

I dalej, w panice

Silniki grzejemy

By ślicznej pannicy

W niedoli dopomóc.

Za minut czterdzieści

Już pode szpitalem

Jesteśmy na mieście.

Paluch opuchnięty,

Latorośl spłakana,

Recepcja, papiórki,

I hyc na kolana

Mi córa usiadła

Na ławce wśród innych

Nieszczęsnych dzieciaków

Fest poobijanych.

Minęła godzina,

I druga poniekąd,

Nakarmić trza syna,

Więc mleczko (nie bekon)

I jeszcze kibelek

Namierzyć po drodze,

I gościa przewinąć

Bo osrał się srodze.

Tymczasem czas leci,

Paluszek wciąż łupie,

Kolejka długachna,

Lekarze nas w dupie

Tam mają, bo reszta

Dzieciaków wyraźnie

Jest bardziej obita,

Więc całkiem przyjaźnie

Prosimy tych w kitlach

O jakiś painkiller

I dają nam trochę,

Lecz ból nie przemija.

Nareszcie, nazwisko

Znajome przez głośnik

Pędzimy więc sprintem

Kulawym radośnie

Ku pani, co z lekkim

Uśmiechem nas pyta

Cóż stało się dziecku

Że taka rozbita.

Tłumaczy jej córa,

Co stało się wtedy,

Że spadła z trampoli

I teraz wśród biedy

Paluszek sinieje

I boli okrutnie.

Zaśmiała się pani,

I wnet rezolutnie

Objaśniać zaczęła,

Że trzeba oblukać,

Czy kości są całe,

Czy coś tam nie stuka,

I że wśród dzisiejszych

Dziecięcych wypadków,

Hopsalnie królują

W łamaniu tych gnatków.

Dwadzieścia dwa procent

Pacjentów dzisiejszych

To były ofiary

Trampolin. Tych mniejszych,

Tych średnich, a także

Tych wielkich jak słonie.

Dlatego ten uśmiech

Na ustach jej płonie.

Skończyła tłumaczyć

Statystyki złamań

I zaraz kazała

Bez żadnych przekłamań

Na piętro galopem

Się udać. Tam bowiem

Fotograf już czeka

Z urządzeń swych mrowiem.

Poszliśmy, rodzinnie,

Na pierwszy więc etaż,

Po chwili czekania

Pojawił się lekarz,

Co wrychle położył

niebogę na stole,

Ułożył jej nogę

By pstryknąć fotolę,

Rach ciach, lewy profil

I z przodu też fotka,

I znowu do windy

Tuptamy, by spotkać

Za pięć albo dziesięć

Minutek cierpliwych

Tę samą dochtórkę,

Co przedtem. Szczęśliwych

Puścili nas do dom

Po chwili lub pięciu,

Gdyż wyszło, że nie ma

Złamania na zdjęciu.

Jest tylko obicie,

I boleć ma, bowiem

Obite kończyny

Tak mają. Nie powiem,

Bym zmartwił się zbytnio,

Bo gipsu nie chciałem

Parzystokopytnio

U córy swej widzieć.

Ot koniec przygody.

Tak zdarza się, kiedy

Na łonie przyrody

Morderczą skakalnię

Postawi się dzieciom.

Howgh! Rzecze wam autor I z ulgą wraca do pisania prozą, bo taki sześciozgłoskowiec jest strasznie męczacy na dłuższą metę. Wydawało mi się, że co tam, napisać parę rymów, ze szwagrem po pijaku nie takie rzeczy się pisało. A tu masz, kwajegomać, rytm musi być, i rym, i Wogle. I tak w paru miejscach brakuje płynnych przejść, średniówki, stopy i daktyle kuleją srodze, ale mam to gdzieś. Na konkurs nie piszę, nieprawdaż.

Co zaś do wczorajszej przygody, całe szczęście, że obyło się bez bardziej zaawansowanych procedur ortopedycznych. Uff.

[yop_poll id="31"]

Komentarze