Kotecek
Poniższa opowieść nie jest tak całkiem zmyślona. Odrobinę ją podkolorowałem, żeby Czytelnik nie zasnął w połowie pierwszego akapitu, ale poza tym wszystko się z grubsza zgadza.
-
Mamo, mamo, zobacz jaki mały kotek! Weźmy go do domu, mamo, proszę, proszę, mamo!
-
Nie, kochanie, nie mamy za bardzo warunków, żeby trzymać w domu kota. A poza tym, kto się nim będzie opiekował? Kto będzie kupy wyrzucał? I jeść mu dawał?
-
Ja będę, mamo, obiecuję!
-
Uhm, taaa...
-
Ale weźmy go, weźmy, zobacz, taki mały, chudy, na pewno jest głodny, on tu umrze jak go tak zostawimy przecież...
-
Będziesz się nim opiekować? Naprawdę? I nie tylko dziś i jutro, ale przez cały czas? Wiesz, że koty żyją ponad dziesięć lat, prawda?
-
Tak! Na pewno, codziennie będę się nim opiekować, obiecuję!
-
Hmmm.
Kot został wstępnie przygarnięty. Dziesięć minut później wchodzimy do domu. Stawiamy kota na podłodze w kuchni. Obserwujemy.
Kot, złapawszy trochę ciepła, jakby odtajał. Następnie, zorientowawszy się, że jest w jakimś obcym miejscu, wpadł w lekką panikę. Zjeżył się, napuszył, po czym dzikim galopem podbiegł do śnieżnobiałej firanki, wdrapał się na nią z małpią... Nie, wróć. Z kocią. Wdrapał się na nią z kocią zręcznością, aż pod same żabki. A następnie lekko się napiął i zanim zdążyłam pomyśleć "chrzęskrzyboczek pacionkociewiczarokrzysztofoniczny", zesrał się z takim rozbryzgiem, że dostało się firance, parapetowi, podłodze, a nawet stojącemu nieopodal chlebakowi.
Brązowawo-żółtawo-zielonkawo-szary wachlarz o nieregularnym kształcie straszył na firance niczym żarówka firmy Osram. Woń, jedyna w swoim rodzaju, zaczęła już pracowicie wgryzać się w nozdrza.
- Wspominałaś coś o sprzątaniu po kocie?
- Ale mamo, jak to...
Z niewymowną przykrością eksmitowałam futrzaka na zewnątrz.
Kuchnię trzeba było gruntownie zdezynfekować i odmalować.
Firanki do wymiany.
Kota nie mamy do dziś.
Komentarze