Koci hakier
Od czasu do czasu - średnio raz w tygodniu - zdarza mi się pracować zdalnie, z domu.
Jest to dla mnie bardzo wygodny układ: zaoszczędzam co najmniej dwie i pół do trzech godzin na dojazd, no i mam bardziej komfortowe stanowisko pracy. Łącze 360 Mb/s sprawia, że praca na zdalnej maszynie przebiega bez opóźnień. Co prawda w domu mam tylko jeden wyświetlacz, a w pracy dwa, ale łączna powierzchnia tych dwóch nie pokrywa nawet połowy tego domowego, więc summa summarum tu też wychodzę na plus.
Siedzę w wygodnym fotelu, pod ręką mysz i klawiatura, a także nieodłączny kubek herbaty. Co godzinkę robię sobie 5 minut przerwy na rozprostowanie kości i odpoczynek dla oczu. W połowie dnia pół godzinki na jakąś przekąskę.
Tak to wygląda.
Układ ten został niedawno zmącony przez kota, a właściwie kotę, która postanowiła mi pomóc.
A było tak...
Siedzę sobie w domu i dzielnie pracuję. Dzieciaki w szkołach i przedszkolach, reszta rodziny na zakupach, w domu kompletna cisza i spokój.
Czytam sobie akurat o Data Vault 2.0, więc klawiatura zbędna. Odkładam klawisze na pobliski parapet.
Wstaję, żeby uzupełnić kubek herbatą.
Wracam, widzę kotę spacerującą po parapecie. A konkretnie po klawiaturze.
Pacnęła łapką w klawisz DEL i poszła dalej.
Zerkam na ekran. A tam okienko Total Commandera z zapytaniem, czy na pewno skasować cały folder. A pod spodem widzę, że kot próbuje skasować folder z Bardzo Ważnym Projektem, nad którym akurat pracuję. Rozwijany od prawie dwóch lat projekt hurtowni danych, moje oczko w głowie. W zasadzie najważniejszy folder na dysku mojego służbowego peceta.
Myślę sobie, całe szczęście, że kota się nie zna na komputerach i nie wie, że trzeba jeszcze potwierdzić skasowanie takiego folderu. Z kubkiem gorącej herbaty przymierzam się, żeby zasiąść na fotelu i anulować polecenie, ale kota jest szybsza. Przycupnęła sobie od niechcenia na samym skraju klawiatury. Dokładnie tam, gdzie znajduje się "numeryczny" klawisz Enter, potwierdzając tym samym polecenie kasowania.
Zzzzziut...
Komputer mam w pracy szybki i porządny. Polecenia wykonuje niezwłocznie. Folder zniknął.
Myślę sobie, całe szczęście, że mamy kosz systemowy.
Zerkam na pulpit, na ikonkę kosza - pusto.
Zimny pot spływa mi po plecach prosto między z całej siły zaciśnięte półdupki.
No tak. Parę dni temu wyłączyłem przecież kosz. Tylko na chwilę, bo było mi to do akurat do czegoś potrzebne. "Chwila" się przeciągnęła i teraz jestem w czarnej głębokiej...
Wdech.
Wydech.
Pomalutku stawiam kubek z herbatą na stoliczku obok fotela. Kotę łagodnie zdejmuję z parapetu (oskóruję ją później). Siadam.
Klikam prawym myszem w okienko eksploratora plików, w ikonkę folderu, w którym jeszcze chwilę temu był ten skasowany. W głowie zaczynam sobie układać wypowiedzenie do haerów. Lepiej odejść samemu, niż dać się wywalić. Honorowo, jak samuraj.
Z menu podręcznego wybieram "SVN Update". Czekam kilkanaście sekund. Folder wraca na swoje miejsce, odzyskany z repozytorium systemu kontroli wersji.
Błogosławię swoje odruchy każące mi aktualizować repozytorium SVN na bieżąco. Straciłem może z piętnaście minut pracy. No i pewnie dorobiłem się paru siwych włosów, ale w tej gęstwinie już i tak nie widać różnicy.
Kota patrzy na mnie znacząco.
Chyba muszę sobie zmienić hasło.
Komentarze