Beczka
Sierpniowe, upalne powietrze było zawiesiste jak miód z pobliskiej pasieki. Rozleniwieni, obżarci papierówkami siedzieliśmy z Szymonem na lipie i próbowaliśmy wykombinować jakiś dalszy ciąg. Było wczesne popołudnie.
Straszenie przechodniów już nie działało. Na początku mieliśmy niezły ubaw, bo liście lipy były naprawdę gęste i idący od czasu do czasu wiejską drogą ludzie nie spodziewali się wrzasków ani pohukiwań. Ale potem przywykli. Straciliśmy element zaskoczenia.
Trzeba było wykombinować coś lepszego.
Beczki były wielkie. Jak się weszło do środka na golasa, człowiek wystawał od pasa w górę, więc można było się latem kąpać na podwórku bez straszenia golizną.
Ale co tam kąpiel! Taką beczkę można przecież położyć i próbować na niej balansować. To dopiero jest ubaw. Zwłaszcza, jak się ma młode kości, które szybko się zrastają.
Do zabawy w chowanego beczki się nie nadawały. Były tylko dwie i były zbyt oczywiste. Maluchy mieściły się w środku w całości. Szymon, jak się dobrze postarał, też. Ja kilka lat temu znienacka wystrzeliłem w górę jak jakiś durny bambus i przerosłem wszystkich szkolnych rówieśników co najmniej o pół głowy. Do beczki się nie mieściłem. Zawsze jakieś kawałki wystawały.
Ale skoro Szymon się mieścił, postanowiliśmy zrobić z niego drugiego Houdiniego.
Na początek bez łańcuchów, ognia ani nurkowania. Każda z beczek miała wielką, ciężką, czarną plastikową przykrywkę, którą dodatkowo zaciskało się z zewnątrz specjalną, metalową taśmą z taką fikuśną klamrą. Założyłem się z Szymonem, że z takiej beczki nie wyjdzie.
Wlazł do środka, zgięty w pół, z rękoma przy stopach, a twarzą przy lekko ugiętych kolanach. Założyłem przykrywkę, dociągnąłem taśmę klamrą i stuknąłem w bok beczki na znak, że może zaczynać swoją Wielką Ucieczkę.
I wtedy zadzwonił telefon.
W tamtych czasach komórek jeszcze nie było. A może były, ale kosztowały tyle, że jak ojciec któregoś z chłopaków sobie kupił taką cegłę, to chodziły o nim potem legendy. No więc telefon, który zadzwonił, miał wielką, okrągłą tarczę, wielką, czerwoną słuchawkę na spiralnym kablu oraz głośny, brzęczący dzwonek.
Pogalopowałem odebrać, ale zanim obleciałem chałupę i wpadłem do kuchni, dzwonek już ucichł.
Od pasieki dobiegł mnie wtedy głos dziadka, żebym zrobił burzę.
Jak się ma wielki budżet, to się strzela w chmury azotkiem srebra, co - przy odpowiednim wykonaniu - może spowodować rzęsiste opady deszczu.
Jak się jest szamanem, a susza trzyma już trzeci miesiąc, trzeba rozrzucić parę kości i wymamrotać różne zaklęcia.
A jak się jest wnukiem pszczelarza, trzeba wybiec na dwór z dwiema wielkimi pokrywkami od garnków, po jednej w każdej ręce, i tłuc nimi o siebie z całej siły. I wtedy rój zamiast uciekać, myśli, że to burza i osiada na najbliższej gałęzi czy innym krzaku.
Od robienia burzy rozbolały mnie ręce, ale tym razem poszło nader szybko i w chwilę później dziadek zgarniał już ostatnie pszczoły do rojnicy.
W zapadłej nagle ciszy usłyszałem, na samym skraju świadomości jakby lekko przytłumiony wrzask. Coś jakby zamknąć kogoś w trzymetrowej grubości kokonie z waty i wetknąć mu w tyłek rozżarzony do białości stalowy pręt (metoda, którą z powodzeniem - acz na szczęście tylko wirtualnie - stosowano swego czasu na wielu polskich grupach dyskusyjnych wobec idiotów, kretynów oraz ogólnie ludzi mających inne zdanie od naszego).
Nie, musiało mi się wydawać...
Ale w chwilę potem jeszcze raz to samo. Jakby ktoś próbował krzyczeć przez bardzo grubą ścianę.
I tu mnie olśniło. Szymon!
Pogalopowałem za dom. Beczka leżała i lekko drgała, a z wewnątrz dochodził bardzo stłumiony, ale pełen paniki ryk przerażenia.
No bo tak: że zgięty w pół, to jeszcze idzie wytrzymać. Że mało miejsca - no mało, ale wystarczająco, żeby się podrapać w nos, czy co tam akurat człowieka zaswędzi. Że trochę śmierdzi rozgrzanym plastikiem - do wytrzymania. Ale że ta metalowa taśma dociska pokrywę HERMETYCZNIE to już nikt z nas nie pomyślał. Szymonowi właśnie skończyło się powietrze.
Szybkim ruchem otworzyłem klamrę, zdjąłem pokrywę i odsunąłem się na bezpieczną odległość.
Gdyby istniała dyscyplina sportu polegająca na jak najszybszym wyjściu z plastikowej beczki, Szymon mógłby śmiało startować na Olimpiadzie i miałby poważne szanse na podium.
Gdybym zdążył odebrać ten telefon, albo gdybym robił pszczołom burzę ze dwie - trzy minuty dłużej...
Wracam czasem wspomnieniami do tamtego sierpniowego popołudnia i - choć minęło już ponad trzydzieści lat - na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki.
A Szymon do dziś ma klaustrofobię.
Komentarze