O linuksach, smartfonach, elemelkach, a na koniec znów szachy
Z Linuksem jest jak z dłubaniem w dziurawym zębie. Niby człowiek wie, że będzie bolało, ale i tak dłubie. Kilka tygodni temu postanowiłem po raz nie wiem już który spróbować przechrzcić się na Linuksa. Tym razem jednak postawiłem sprawę jasno: próbujemy na poważnie, bez oszukiwania typu dual-boot, bez kombinowania z maszynami wirtualnymi.
Wyszło... zaskakująco dobrze.
Chciałem dopisać "Zaskakująco dobrze jak na razie", ale to by był defetyzm i sianie zwątpienia, a tu żadnego zwątpienia być nie może 🙂
Niezorientowanym objaśnię, że jakiś czas temu udało mi się za względnie niewielkie pieniądze wejść w posiadanie używanej stacji roboczej o takich parametrach, że gdyby to był samochód, od razu byłoby wiadomo, że jego właściciel nadrabia jakieś braki lub kompleksy. Obrzydliwie dużo pamięci operacyjnej, dwa serwerowe procesory na płycie głównej, całkiem przyzwoita karta grafiki z szesnastoma gigabajtami pamięci wideo i na deser pierdyliony giga (a nawet tera-) bajtów na mnogich twardych dyskach. Krótko mówiąc: mokry sen gracza sprzed pięciu lat. Dziś może już nie jest taki nowy i błyszczący, ale i tak daje radę.
Przez długi czas miałem tu zainstalowanego Windowsa w wersji Workstation, bo tylko taki jest skłonny obsłużyć ten ocean RAM-u. I wszystko biegało całkiem fajnie, zwłaszcza, że poprzednika się jeszcze nie pozbyłem i nadal używam go do różnych zagadnień, linuksowych właśnie.
Z tym, że jednak był pewien niedosyt. Mając serwerowej klasy stację roboczą człowiek chciałby trochę rozwinąć skrzydła, tymczasem całkiem sporo klamotów, okazuje się, działa albo wyłącznie pod Linuksem, albo pod Dockerem (czyli też Linuks tylko pod przykrywką). Dockera nie lubię od czasu, kiedy przyszło mi z nim pracować komercyjnie. Pomarudziłem, pokręciłem nosem, przygotowałem się mentalnie na duże zmiany... no i siup.
To było tak z sześć, może siedem tygodni temu. Póki co jestem z nowego systemu zadowolony tak mniej więcej na 85%, czyli całkiem nieźle.
Zacznę po polsku, czyli pomarudzę, czyli lista rzeczy, z których nie jestem zadowolony:
-
Pinta kiedyś była klonem mojego ulubionego Paint.Net, ale się zatrzymała z rozwojem na moje oko ze dwa lata temu. To znaczy tak: aplikacja nadal jest utrzymywana, ale działa nieco wolniej niż oryginał i jest ogólne wrażenie "starości". Używam z braku laku, ale szału nie ma.
-
Greenshot nie ma sobie równych w świecie Linuksów. Głównie przez to, że - paradoksalnie - jest tak prosty! Wszelki software to robienia zrzutów ekranu pod Linuksem jest przeładowany zbędnymi fontannami. Powalczyłem trochę i skonfigurowałem sobie Flameshota, żeby się aktywował tym samym skrótem klawiszowym, ale i tak muszę kliknąć myszą, żeby zaznaczenie trafiło do schowka i za czorta nie mogę tego ogarnąć, żeby działało bezmyszowo. Ktoś, coś?
-
Raz się przytrafiło, że po którejś aktualizacji padł GRUB i nijak nie dało się drania wystartować. Gdyby obok nie było drugiego komputera z dostępem do Sieci, byłbym ugotowany na mięciutko. Do dzisiaj nie wiem co się stało, przeżyłem przepisując na bezdurno komendy z netu i jakoś się udało. Brrr.
-
Double Commander jest niezły, ale nie dorasta do pięt Total Commanderowi. Po paru dniach nierównej walki udało mi się w końcu poprzypisywać niektóre popularne skróty klawiszowe, żeby działały jak trzeba (musiałem w tym celu wywalić sporo skrótów systemowych).
-
Mapowanie dysków sieciowych jest nieco bardziej skomplikowane, niż pod Windows. Jest zrobione dość logicznie, ale jednak bez poradnika bym sobie nie poradził.
-
Raz na miesiąc używam Office 365 (przemianowany potem na Microsoft 365, przemianowany chyba ostatnio na Microsoft 365 Copilot, bo trzeba teraz wtykać swoje pożal się boże AI użytkownikom gdzie tylko się da). OpenOffice ani LibreOffice nie dorastają Microsoftowemu Office-owi do pięt, a nawet jak już kiedyś jakimś cudem dorosną, to i tak nie będą się zgadzać skróty klawiaturowe, które mam wypalone w swoich dwóch neuronach na stałe. Dlatego tutaj musiałem jednak trochę oszukać i mam na KVM-ie nieaktywowaną kopię Windows 11 z Office-em. Póki co potrzebowałem jej tylko raz, na parę chwil. No ale jednak.
-
Raz się zdarzyło, że kompletnie zgłupiał podsystem dźwiękowy i nijak nie mogłem zmusić do współpracy słuchawek i mikrofonu z Discordem. Pomógł restart systemu.
Jak widać są to wyłącznie problemy pierwszego świata, albo - jak by to ujął jeden mój serdeczny kolega - "good problems to have". Bo manie (miecie?) takich problemów oznacza, że mamy dach nad głową, strawę w misce i jest nam ciepło.
Zamiast więc marudzić, przejdźmy teraz do zalet:
-
LXC. Niby nie maszyna wirtualna, ale jednak trochę tak. Bardzo cienka warstwa wirtualizacji, działająca na jądrze hosta (a więc nie da się na LXC postawić np. Windows), oferująca możliwość stworzenia osobnego, pełnowymiarowego komputera wirtualnego, z własną siecią, dyskami, pamięcią, procesorami itd. Prawdziwa lokomotywa. Może kiedyś napiszę trochę więcej o tym, jak używam LXC.
-
Gry. Trochę się martwiłem, czy pójdą mi pod Linuksem krasnoludy (czyli DRG), ale okazało się, że po doinstalowaniu cudaka zwanego Protonem wszystko po prostu działa.
-
Obsługa karty graficznej NVidia: pod Windows, działają rzeczy targetowane w użytkowników Windowsa. Czyli głównie gry. Jeżeli chodzi o inne klamoty, to bywa różnie. Natomiast tutaj wszystko działa z marszu. Odpalenie lokalnego LLM-a zajęło mi o wiele mniej czasu i mentalnego wysiłku, niż pod Windows. Zmuszenie Pythona, żeby używał akceleracji GPU do obliczeń - podobnie.
-
Jak już jesteśmy przy Pythonie: wymuszenie venv. Kiedyś uznawałem to za wadę programowania w Pythonie pod Linuksem, ponieważ Python wbudowany w system nie pozwala na jakiekolwiek modyfikacje bibliotek i konfiguracji. Okazało się, że środowiska wirtualne (czyli właśnie venv) to nie jakiś głupi wymysł, ale sposób na równoległe prowadzenie wielu projektów opartych na różnych bibliotekach (a czasem różnych wersjach tej samej biblioteki) w taki sposób, żeby sobie nawzajem nie przeszkadzały. Już mi zresztą w tym temacie kiedyś doradzał (zdaje się) Rozie, ale go wtedy zignorowałem.
Co poza tym? Właściwie to nic ciekawego. Wszystko po prostu działa. Trzeba było się nieco przestawić z paroma drobiazgami, ale ogólnie jestem z Linuksa bardzo zadowolony.
Nie chcę nikomu obiecywać, że już mi tak zostanie dożywotnio - póki co jest jednak całkiem fajnie.
Gugiel z Samsungiem zdecydowali się niedawno na wpuszczenie OneUI 7 (czyli Android 15) i mój trochę już starożytny, ale nadal całkiem dobrze sprawujący się S21 Ultra dostał przez to lekkiego zajoba.
Zalety nowego UI: zasadniczo brak, poza kosmetycznymi drobiazgami (na przykład możliwość wyświetlania folderów z ikonami w układzie czterokolumnowym).
Wady nowego UI: pozmieniali coś, co działało, i do czego użytkownicy byli już porządnie przyzwyczajeni! Na przykład teraz są dwa osobne gesty, żeby wejść do powiadomień oraz do ustawień: do obydwu dostajemy się teraz przez ciągnięcie paluchem od górnej krawędzi w dół, kwestia tego gdzie zaczynamy gest: jeżeli w okolicach prawego narożnika, otworzą się ustawienia (wifi, bluetooth, nfc itd itd). Jeżeli w okolicach środka lub lewego narożnika - otworzą się powiadomienia. Mi osobiście bardziej odpowiadała poprzednia wersja.
Znów cholerne AI: przedtem długie wciśnięcie przycisku Power wywoływało menu wyłączania / restartowania telefonu, po aktualizacji oczywiście zaczęło wywoływać wilka z lasu, czyli Gemini. Na szczęście da się to przestawić z powrotem do normalności.
Wskaźnik naładowania baterii jest teraz według mnie mniej czytelny, a może to tylko moje starzejące się oczy zaczynają szwankować.
Ogólnie jednak to są nadal #firstWorldProblems, nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las i tak dalej. Wiadomo.
Niby tak klnę na te wszystkie AI, a z drugiej strony całkiem sprawnie idzie mi ostatnio zabawa lokalnymi elemelkami. Moim ulubionym narzędziem do eksperymentów jest LM Studio, głównie dzięki ogromnej bibliotece dostępnych elemelków, łatwości ich pobierania oraz konfigurowania już pobranych. Udało mi się też uruchomić odpowiednik GitHub Copilota na lokalnym elemelku i zmusić go do współpracy z Visual Studio Code. Może zrobię o tym kiedyś osobny wpis.
Na zakończenie jeszcze jedna prościutka szachowa zagadka. Białe grożą matem Qg7#, ale ruch mają czarne... i wygrywają. Jak?
Musisz włączyć obsługę JavaScript, aby umożliwić wyświetlanie szachownicy.
<script type="text/javascript">
(function() {
function renderThisFEN() {
RPBChessboard.renderFEN("rpbchessboard-69ccd27d6ef35-1", {"position":"3r2k1\/1p2R1p1\/p1q2pQp\/8\/8\/1P4P1\/PB3P1P\/3b2K1 b - - 0 1","squareSize":32,"coordinateVisible":true,"turnVisible":true,"colorset":"gray","pieceset":"cburnett"});
}
if (document.readyState === 'loading') {
document.addEventListener('DOMContentLoaded', renderThisFEN);
}
else {
renderThisFEN();
}
})();
</script>
Komentarze