Bzzzzz!

krótki URL: /5W0mF

kategorie:Samo życie
tagi:gniazdo, likwidacja, osy

Dzisiaj wpis o bzykaniu. Nie będziemy jednak, zapewne ku zasmuceniu niektórych Czytelników, liczyć nóg i dzielić przez dwa (to nie ten rodzaj blogu) - będziemy za to podziwiać kunszt ałtora (to ja!) w likwidacji owadzich szkodników.

Te małe, żółte skurwysyny z żądłami wbiły nam się na kwadrat całkiem niedawno. Żeby było je trudniej przyuważyć, zamiast jak pambuk przykazał powiesić się na drzewie albo pod dachem, gnojki wydłubały sobie dziurę w ziemi, pośrodku ogródka - i tam się osiedliły.

Moja wiedza w kwestii walki z osami jest bardzo szczątkowa. W zasadzie ogranicza się do tego, że odróżniam osę od pszczoły czy szerszenia i staram się trzymać od nich z daleka. Pszczoły darzę miłością czystą, dziadek był pszczelarzem-hobbystą i spędziłem sporą część dzieciństwa pomagając mu w odsklepianiu woszczyny, wirowaniu ramek z miodem (mieliśmy wirówkę starszego typu, na korbkę, bez żadnej elektryki), a także napieprzaniu w ogródku pokrywkami od garnków, żeby zrobić hałas, żeby rojące się pszczoły myślały, że jest burza i siadały w pobliżu zamiast zasilać inne pasieki. Ós i szerszeni nie trawię, ale jakoś do tej pory nasze ścieżki nie miały okazji się skrzyżować.

Z małym wyjątkiem: w wieku czterech lat zostałem ukąszony przez szerszenia. Na szczęście nie mam żadnego uczulenia, więc skończyło się na wrzasku i łzach 🙂

No ale co innego osy gdzieś, tam, daleko, a co innego w ogródku. Trzeba się draństwa pozbyć. Myślę sobie, mam rozum, dam radę, c'nie?

Dzień 1

Żona moja ulubiona zauważyła, że w środkowej części ogródka pojawił się w ziemi niewielki otwór, przy którym latało więcej ós niżby to wynikało z norm ISO. Prewencyjnie wlałem tam pół butelki silnego środka do czyszczenia toalet i zasypałem owór niewielkim kopczykiem gleby.

Dzień 2

W kopczyku pojawił się wydłubany tunel - osy po prostu przedłużyły sobie drogę do podziemnego gniazda. Środkiem czyszczącym nie przejęły się natomiast wcale.

Kolejną próbę przemyślałem nieco bardziej i zamiast marnować chemię, spożytkowałem trochę fizyki w postaci szpadla. Wykopałem może ze trzy machy, kiedy rozwścieczone żółe Messerschmitty zaczęły atakować łopatę, potem trzonek. Do mnie nie dotarły, bom zwiał.

Odczekałem chwilę, ubrałem długi rękaw i plastikową maskę na gębę (mam taką jeszcze od czasów, kiedy próbowałem robić opryski przeciw chwastom) - i dawaj drugie podejście ze szpadlem. Efekt podobny, machnąłem ze dwa razy i mnie pogoniły. Mamy więc niewielką dziurę w ziemi, obok kopczyk, jedno i drugie pokryte rozeźlonymi osami. Co by tutaj...

Odwiesiłem aureolę na kołek i zaczerpnąłem rady Wielkiego Gie. A ten mi mówi, że osy nie lubią zapachu octu i mięty.

No dobra, myślę. Nie lubią, to ja im zaraz... Wlałem im w tą dziurę z ćwierć butelki, dosypałem jeszcze zmielonej mięty i czekam.

Nie pomogło.

Dzień 3

Okazało się, po głębszym doczytaniu, że owszem, osy octu i mięty nie lubią, ale im one za bardzo nie szkodzą. Używa się ich jako prewencji, a nie do usuwania już zainstalowanego gniazda. Następnym razem, myślę, muszę dokładniej czytać.

Pod wieczór wyczytałem jeszcze, że może pomóc wrzątek wlany wcześnie rano, kiedy wszystkie osy są jeszcze w gnieździe.

Dzień 4

Wlałem tam przez kolejne trzy dni ze cztery wielkie garnki wrzątku, ale bez większych efektów. Gdzieś tam po drodze za każdym razem było trochę machania szpadlem, w kierunku aktualnie zaobserowanej dziury wejściowo-wyjściowej. Trochę w lewo, trochę w prawo, trochę w dół, trochę w bok, wreszcie kopczyk zrobił się całkiem pokaźny, dziura takoż, a gniazda ni widu ni słychu.

Dzień 5

Kolejnym etapem było zakupienie sprayu na osy, tzn. przeciwko osom, którym - po wstrząśnięciu - pokrywa się gniazdo. Spray ów przekształca się w locie w taką mazistą białą piankę, która jest dla ós całkiem trująca. Ponieważ gniazda jeszcze nie namierzyłem, po prostu popsikałem tym świństwem obficie "drzwi" do kanału i czekałem na efekt.

Ós zrobiło się na moment jakby trochę mniej.

Dzień 6

Obok zalanego trującą pianą wejścia pojawiło się drugie, trochę z boku. Znaczy się, chemia jakby działa, ale jednak trzeba koniecznie zlokalizować gniazdo, inaczej będę się tak z nimi woził do usranej.

Kolejna sesja ze szpadlem nie przyniosła żadnych plusów dodatnich. Z plusów ujemnych, powiększyła się nieco dziura i kopczyk, a jedna brzęcząca flądra dziabnęła mnie w okolicach prawej kostki. Przez skarpetkę! Rzuciłem pod nosem grubszym mięchem, bo użądlenie - choć w moim przypadku całkiem niegroźne - boli dość konkretnie. Popsikałem sobie kończynę dezynfektantem, bo nie wiadomo gdzie to bydlę wcześniej bywało - i wycofałem się z pola walki.

Dzień 7

Jedni dnia siódmego odpoczywają, inni wyciągają szlauch i zalewają gniazda ós.

Wody poszło sporo, bo teraz upały i ziemia wyschnięta na wiór, więc wsiąkało jak w gąbkę. Ale po pięciu minutach w końcu przestało wsiąkać i dziura w ziemi zamieniła się w niewielką taflę. Bardzo ufaflunioną, zabłoconą taflę, ale jednak.

Po paru chwilach wody już nie było, nie ma cudów w takiej pogodzie, ale, widzę, szkodników też nie widać, dawaj więc łapię się za szpadel i rozkopuję tę wodnistą breję póki nic nie brzęczy.

I się, kwajegomać, dokopałem! W pewnym momencie natrafiłem na twardszy, taki jakby zdrewniały kawałek, a w środku paręset niemrawo ruszających się paskowanych bydląt.

No to teraz, myślę sobie, dam ja wam bobu. Zalałem toto wrzątkiem, a jak wsiąkł, napsikałem tam trującej pianki, grubo na palec. Odczekałem trochę, wykopałem gniazdo na kopczyk (w kawałeczkach), wraz z mnóstwem osich trupków. Cisza. Nic nie lata.

Dzień 8

Dla pewności odczekałem jeszcze dobę i stwierdziwszy, że żadnych ós w pobliżu nie widać i nie słychać, zasypałem dziurę ziemią z kopczyka. Oczywiście - podobnie jak przy pakowaniu klamotów do plecaka na koniec biwaku - okazało się, że wykopanej ziemi jest więcej, niżby się miało zmieścić w dziurze - ale udeptałem trochę, poskakałem, et voila.

Kurtyna.

Reasumując: osy zagnieżdżone w ziemi najlepiej eliminować szpadlem w połączeniu z wrzątkiem i sprayem na osy. Warto ubrać długi rękaw, nogawki dla pewności opiąć przy kostkach gumką recepturką (albo taśmą klejącą) i używać butów z wysoką cholewą. Do tego rękawiczki i jakaś maska. Ideałem byłby oczywiście pełny strój pszczelarski, ale kto normalny trzyma na strychu pełny strój pszczelarski...

Aha, no i najważniejsze - nie wpadać w panikę jak się zaczynają denerwować. Odejść powolnym spacerkiem na bezpieczną odległość. Gwałtowne ruchy znacznie zwiększają szanse na użądlenie.

Nie polecam.

Komentarze