Taniec pszczółki, czyli jak po taniości zrobić sobie smart-lampki
Już od kilku lat mamy w domu żarówki Philips Hue wraz z centralnym kontrolerem, aplikacją na smartfonie i tak dalej. Jednak ponieważ nie jesteśmy miliarderami (ani nawet milionerami), początkowy rozpęd w instalowaniu nowych żarówek nieco nam opadł i w sumie mamy ich tylko kilka. Niby €30 za żarówkę to nie są jakieś straszne pieniądze, ale jednak mieć €30 a nie mieć €30 to już razem €60...
Zmiana kąta.
Elektryk, który instalował w naszej jaskini pstryczki do świateł, chyba nigdy nie mieszkał w domu z korytarzem. Zasadniczo chodzi o to, że włącznik (tudzież wyłącznik) żarówki znajduje się w takiej odległości od drzwi naszego pokoju, że kiedy już zachodzi (rzadka, ale jednak) potrzeba włączenia (albo wyłączenia) tejże, musimy zaplanować całą wycieczkę: namiot, koce, termos, kanapki i tak dalej.
Znaczy się trzeba wymienić żarównę na taką "smart" i po kłopocie. A przy okazji też drugą, w jednym z pokojów, w którym jakoś nader często udaje nam się zapomnieć wyłączyć światło i potem trzeba po nocach ciągnąć zapałki kto ma wyleźć spod kołdry i pstryknąć pstryczkiem.
Dwie żarówny to już €60. Mieć €60 a nie mieć... wiadomo.
Zainteresowałem się tematem nieco dogłębniej i okazało się, że standard Philips Hue to nic innego jak Zigbee plus trochę waty cukrowej dla niepoznaki.
Co to Zigbee? To taki specjalny, bezprzewodowy, energooszczędny protokół sieciowy do wymiany danych między różnymi urządzeniami domowymi. Używany głównie przez "smart" żarówki, ale nie tylko. Istotne jest, że oprócz Philipsa mnóstwo innych firm produkuje żarówki gadające w Zigbee. Na przykład Ikea. Ichnie TRÅDFRI kosztują mniej niż połowę ceny Philipsów, a używają tego samego protokołu i wedle zapewnień fachowców z Reddit (popartych, a jakże, szybkim czatem z miłościwie nam panującym Elemelkiem, tfu, LLM-kiem) da się je bezproblemowo sparować z kontrolerem Hue.
Niewiele myśląc nabyłem od razu dwie, na próbę. Podłączam jedną. Próbuję ją wyszukać w aplikacji Hue, ale zipa dumna, nie wykrywa.
Co się okazało?
A no, najsampierw trzeba taką żarówkę zresetować, bo domyślnie ma zapisane jakieś ustawienia zgodne z aplikacją Ikei (ponoć jest taka, osobna całkiem). Resetowanie polega na sześciokrotnym włączeniu i wyłączeniu żarówki w krótkim odstępie czasu. Jeżeli reset się powiódł, żarówka po szóstym razie mrugnie dla potwierdzenia. Potem trzeba ją sparować używając jeszcze innej aplikacji (Hue Essentials), przy czym proces parowania wymaga, żeby nowa żarówka znajdowała się mniej więcej 20 cm on kontrolera Hue, z którą ją parujemy, bo kontroler używa w tym celu specjalnego, osobnego protokołu Touchlink, który bazuje na niskoenergetycznym sygnale radiowym sięgającym maksymalnie właśnie na 20-30 centymetrów.
Kontroler Hue do pracy wymaga podłączenia dwóch kabli: zasilającego (tu łatwo, bo są gniazdka na korytarzu, więc wystarczy krótki przedłużacz, ewentualnie długi przekrótczacz) oraz skrętki. I tu kłopot, bo najbliższe gniazdko RJ45 znajduje się jakieś 8 metrów dalej, a ja mam same kable 1- albo 3-metrowe (i parę krótszych). Mam co prawda jakieś tanie chińskie switche w pudełku ze złomem, dałoby się z tego zrobić obrzydliwy łańcuszek na osiem metrów, na szczęście w ostatniej chwili skojarzyłem, że gdzieś na strychu w piwnicy w pudle z kablami mam chyba jeszcze jeden nieużywany dziesięciometrowy kabel ósmej kategorii, który kiedyś kupiłem na próbę, żeby sobie połączyć dwa odległe punkty w mieszkaniu, ale potem okazało się, że w sumie nie bardzo jest którędy go poprowadzić i pomysł spalił na panewce, a kabel wylądował na strychu w piwnicy w ww. pudle. Po pięciu minutach przedzierania się z maczetą przez gąszcze sznurów USB i HDMI dotarłem w końcu na polankę z długim kablem, który, okazało się, nawet działał.
Uzbrojony w obydwa kabelki podłączyłem szybciutko kontroler gdzie trzeba, sparowałem żarównę na korytarzu, dodałem ją do aplikacji Hue, wszystko cacy. Przenoszę się do kolejnego pomieszczenia, żeby podpiąć drugą, a tu się okazuje, że kabel sieciowy za krótki.
Myślę sobie, jednak trzeba będzie przeprosić się z chińskim switchem firmy No-Name i zrobić łańcuszek.
Na szczęście w międzyczasie wypiłem łyk kawy, dzięki któremu udało się odpalić ostatni, rzadko używany czwarty neuron i kliknęło mi, że przecież Zigbee ma wyrąbane w którym miejscu paruję żarówkę. Wystarczy do tego celu użyć lampy na korytarzu, do której wszystko sięga. Trzeba było wykręcić tę już sparowaną, wkręcić nową, sparować, na koniec poprzekładać żarówki na swoje miejsca - i już.
Tak oto godzinę później miałem już dwie nowe smart-żarówny TRÅDFRI udające z powodzeniem Philips Hue. Wszystko działa.
Wszystko?
Nie! Jedna, jedyna osada wciąż stawia opór najeźdźcom... To znaczy tak: owszem, wszystko działa jak należy, z wyjątkiem aktualizacji. Jeżeli Ikea wypuści nową wersję software-u do żarówek, nie będę o tym wiedział, a nawet jeżeli się dowiem, nijak nie będę miał możliwości zainstalowania owej aktualizacji. Krótko mówiąc, będę usiał używać starych, zakurzonych fotonów zamiast tych nowych, błyszczących.
Jakoś to przeżyję.

Komentarze