E-xiążki
Stało się. Narzekałem zawsze na czytniki e-booków, że to nie to samo co prawdziwa książka, że nie ma szelestu kartek, nie czuć "ciężaru wiedzy" w ręce, no i dochodzi jeszcze aspekt toaletowy (jak mawiał Cohen Barbarzyńca, dobra książka, oszczędnie używana, może podróżnikowi wystarczyć na długie miesiące). A spróbuj się podetrzeć e-bookiem.
Jednakowoż od ostatniej soboty jestem dumnym posiadaczem czytnika Kindle.
Okazuje się - całkiem fajna sprawa. Co prawda chwyt marketingowy w stylu "możesz tu zmieścić do 3000 książek" nie znajduje zastosowania, bo i tak na ogół czyta się jedną książkę na raz (góra dwie - czasem przychodzi podzielić się czytnikiem z Małżowiną), ale to akurat bez znaczenia. Urządzenie jest świetne.
Oprócz czytania książek można za pomocą Kindle przeglądać strony www (o ile jest się w zasięgu WLAN) oraz subskrybować kanały RSS (tego ostatniego jeszcze nie próbowałem, ale podobnoż się da).
E-papier jest w zasadzie nie do odróżnienia od naturalnego papieru (pomijając aspekty niewizualne, o których piszę wyżej).
Jak to na początku z nowinkami bywa, rzuciłem się od razu na parę książek na raz - udało mi się w długi weekend przeczytać całą "Grę Endera" (tzn. nie wszystkich 6 tomów, tylko pierwszy), "Altruizynę" Lema oraz próbkę nowej powieści Pratchetta (i to w angielskim oryginale, ha!). Przez cały długi weekend nie włączyłem ani razu komputera, co jest wydarzeniem godnym odnotowania w rodzinnym kalendarzu.
Komentarze